Praca w jakości oprogramowania – jak zaczęłam?

Tym wpisem zaczynam cykl wpisów nietechnicznych. Nic nie bójcie, tworzenie materiałów na tematy techniczne bardzo mnie cieszy i nadal będę tworzyć przede wszystkim takie. W obszarze QA są jednak tematy zupełnie nietechniczne, które zajmują nas szalenie. Na pierwszy ogień coś, co wydawać by się mogło, że już było tyle razy przegadane, że już nic nowego powiedzieć się nie da – praca w jakości oprogramowania. A jednak, ludzie wciąż pytają.

Postanowiłam podać tutaj swój przykład, żeby pokazać, że nie ma jednej ścieżki. Praca w jakości oprogramowania w moim przypadku nie była ani zaplanowana ani przemyślana, a jednak tutaj jestem. I mimo, że nie do końca miałam plan, to nie przypadek sprawił, że jestem tu, gdzie jestem. To fascynacja technologiami sprawiła, że od prawie pięciu lat pracuję w obszarze jakości oprogramowania.

Weźcie popcorn, bo będzie tego trochę, a w piątej minucie słychać strzały.

Licencjat i pierwsza praca

Prawdę mówiąc, po liceum byłam przekonana, że się nie nadaję do komputerów. Informatyka w liceum mnie zupełnie nie urzekła, niewiele z tego rozumiałam i nawet mnie do tego nie ciągnęło. Na studiach wylądowałam na zarządzaniu. Taki wybór podyktowany był wieloma czynnikami, które teraz z perspektywy czasu bym podsumowała: młode, trochę głupie i strachliwe to dziewczę było. Strachliwe, bo chciałam na matematykę ale wydygałam.

Na studiach pracowałam w marketingu internetowym. Dlaczego? Bo wiedziałam, że muszę szybko zdobyć doświadczenie praktyczne, żeby się po studiach nie obudzić z ręką w nocniku. Marketing wydawał się łatwy do ogarnięcia w ramach stażu, zwłaszcza w agencjach interaktywnych – po prostu było sporo takich ogłoszeń. Sama jeszcze wtedy nie wiedziałam, co chcę robić. Ale wiesz, jeżeli nie spróbujesz, to nie będziesz wiedzieć. Jedyną rzeczą, którą na tamten moment wiedziałam, to moja niechęć do pracy w jakiś przemysłowych branżach. Studiowałam na Akademii Górniczo-Hutniczej i trochę nas pchali z marketingiem w takie tematy. Dlatego niewielkie agencje interaktywne pełne młodych, energicznych ludzi wydawały mi się na tamten moment całkiem przyjemną opcją.

Praca w marketingu i studia magisterskie

W marketingu pracowałam (włącznie ze stażami) prawie 3,5 roku w trzech różnych firmach. Jednocześnie wybrałam informatykę w zarządzaniu jako studia magisterskie. Zdecydowałam się na taki krok po tym jak odkryłam, że przedmioty, które mnie najbardziej kręciły na studiach były związane z informatyką. Skąd ten zwrot po liceum? Ciężko powiedzieć, może w końcu trafiłam na właściwych ludzi (mam na myśli prowadzących), albo na właściwe technologie, których się rzeczywiście używa w biznesie.

Przez większość czasu praca w marketingu mi się podobała, bo była kreatywna, ale po jakimś czasie zaczęłam szukać czegoś jeszcze: zahaczyłam o employer branding oraz public relations. Zaczęło mnie męczyć, że nie wiedziałam jak mierzyć efekty mojej pracy, moi przełożeni też nie do końca chyba wiedzieli. Wnoszę z tego, że odbyliśmy wiele rozmów na temat tego jak mierzyć działania marketingowe, po których nikt nie był do końca przekonany, że to co ustaliliśmy jest ok i po jakimś czasie zmienialiśmy miary. Wszystko, co podpatrzyliśmy u innych albo sami sobie wypracowaliśmy mnie nie zadowalało.

W międzyczasie w mojej pracy robiłam coraz więcej technicznych rzeczy wokół marketingu i odkryłam, że mam z tym sporo zabawy. W agencjach interaktywnych połowa pracowników to programiści. Gdy zahaczyłam o employer branding zdarzało mi się bywać na eventach dla developerów, na których podglądałam prezentacje. Zaczęłam też dopytywać programistów u mnie w pracy o to jak niektóre rzeczy, które widzę na stronie, działają pod spodem, jak są zrobione i co to za rodzaj magii. Podobała mi się ta magia.

Wypadek na stoku i HTML

To nie jest tak, że gdyby nie ten wypadek, to nie znalazłabym się tu gdzie jestem. Nigdy się tego nie dowiem ale to na pewno przyspieszyło sprawę. Miałam skomplikowane złamanie kości nadgarstka, konieczne było zespolenie, a w szpitalach to ja choruje ze strachu od samego szpitalnego zapachu. Poprosiłam więc mamę, żeby mi podrzuciła mojego laptopa, bo muszę czymś zająć głowę. I przerobiłam w dobę kursy HTMLa i CSSa na Codecademy.

Czy była to jakaś strategiczna decyzja? Zupełnie nie. W teście Gallupa kiedyś mi wyszło, że moja dominująca cecha to aktywator no i normalnie choćbym się chciała kłócić, to nie mam argumentów. To jest ktoś taki kto wchodzi i robi robotę bez zbyt długiej analizy. Jak coś nie zadziała, to coś zmieniam i robię kolejną iterację. Mogłam się całą dobę zastanawiać czy na pewno potrzebuje HTMLa z CSSem i co z tym później mogę zrobić. Zamiast tego po prostu to przerobiłam. A operacja poszła super, oczywiście z perspektywy czasu śmiać mi się chce, że bałam się takiego zabiegu.

Nauka różnych technologii

Sama nie wiedziałam, czy iść w to programowanie czy nie, czy frontend czy backend. O innych opcjach wtedy jeszcze nie miałam pojęcia. Moja wiedza ograniczała się do tego, że jeżeli chcę używać jakiś języków programowania w pracy to muszę być programistą. Logiczne się to wydawało, nie?

Rozmawiałam dużo z moimi znajomymi programistami żeby lepiej sobie wybadać temat. I jeden z nich zasugerował, żebym zaczęła dłubać w Javie. Ogólnie żeby od czegoś zacząć i zobaczyć, czy mi to leży czy nie i porównać sobie z tym jak mi się dłubało w HTMLu i CSS. Dosyć szybko dotarło do mnie, że Java wydaje się dużo ciekawsza ale też dużo trudniejsza.

Warsztaty z Ruby on Rails

Jako, że Java wydawała się strasznie hardcorowa i obszerna, zdecydowałam się spróbować czegoś jeszcze. W tamtym czasie byłam już na tylu różnych grupach na Facebooku związanych z programowaniem, że wiedziałam jeżeli działo się coś ciekawego w tym obszarze. W ten sposób dowiedziałam się o darmowych warsztatach dla kobiet z Ruby on Rails, na które się dostałam.
Warsztaty były strasznie fajne, ale Ruby to mi w ogóle nie siadł. Tam się dużo rzeczy działo pod spodem w jednej linijce kodu, a ja chciałam wiedzieć i rozumieć co. Java ma taki stopień szczegółowości, że głębiej, to już sama nie chciałam zaglądać. Było wystarczająco dogłębnie i bez tego.
Po pewnym czasie, wszystkie uczestniczki warsztatów otrzymały maila, że jedna z firm, która organizowała to wydarzenie, poszukuje kogoś do QA i że warto spróbować swoich sił. I dopiero w tym momencie dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak stanowisko testera oraz role z obszaru QA.

Pierwsza praca w jakości oprogramowania i bilet w jedną stronę

Poczytałam w internecie co to jest to QA i im dłużej czytałam, tym bardziej mnie to kręciło, z kilku powodów. Po pierwsze, to takie stanowisko, gdzie ma się kontakt z różnymi rzeczami ale też z różnymi ludźmi i zespołami: trochę z klientem, trochę z frontend developerami, trochę z backendowcami. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta lista jest szalenie niepełna. Po drugie: to leżało gdzieś w mojej naturze. Jeszcze pracując w marketingu zdarzało mi się zgłaszać problemy w produkcie, zarówno funkcjonalne jak i usability. Po trzecie: to było stanowisko, które w pozwalało mi zacząć programować w krótszej perspektywie czasowej.

Trochę się poduczyłam teorii testowania, ale muszę powiedzieć, że bez praktyki wchodziło mi to bardzo ciężko. Poszłam na rozmowę na to stanowisko, ale się wtedy nie dostałam. Minęły może z dwa tygodnie po tej informacji a firma, w której pracowałam, ogłosiła rekrutację na podobne stanowisko. Musiałam to trzy razy przeczytać, bo nie mogłam uwierzyć. Zanim się zdecydowałam rekrutować wewnętrznie popytałam jeszcze o kilka rzeczy kolegów z zespołu, w którym bym miała pracować. Myśleli, że pytam, bo mam kogoś znajomego chętnego rekrutować na tą pozycję. Powróciłam więc do przyswajania teorii ale starałam się ją jakoś odnieść do produktu, który już znałam czyli ten, na którym wtedy pracowałam. Łatwiej mi się było tak uczyć.

Poinformowałam mojego pracodawcę, że chcę spróbować i usłyszałam wtedy dwie rzeczy. Pierwsza: że najpierw przeprowadzą rekrutację zewnętrzną i rozmowę ze mną zostawią na koniec. Druga: że jak się nie dostanę, to nie będzie już dla mnie miejsca w marketingu. Czyli po prostu jeżeli się nie dostanę do zespołu QA, nie będzie już dla mnie miejsca w firmie. Ta decyzja była dla mnie niezrozumiała, ale wiedziałam też, że dłużej nie chcę pracować w marketingu. Spróbowałam więc i okazałam się najlepszym kandydatem.

Pierwsza praca w QA

Równolegle z pracą w jakości oprogramowania, która ograniczała się do manualnego testowania oraz konfiguracji narzędzia w którym chcieliśmy raportować błędy (Jira) uczyłam się Javy. Szło powoli ale do przodu. W pierwszej pracy w obszarze QA testowanie było bardziej skupione na usability. Pamiętam, że używałam Google Analytics żeby zrozumieć jak z aplikacji korzystają użytkownicy. Na podstawie danych z tego narzędzia można było też wyciągnąć informację, na którym etapie użytkownicy „odpadają”. Potem już samemu można było spróbować zanalizować czy np. coś jest dla nich niejasne albo niewygodne albo zwyczajnie nie działa.

To było ciekawe aczkolwiek trochę chaotyczne doświadczenie. Kilka razy zmieniałam zespół, przełożonych, zakres obowiązków. Ostatecznie po kilku miesiącach firma zdecydowała, że zlikwiduje dział testów. Miałam już jakieś doświadczenie „na papierze” oraz pierwsze doświadczenie praktyczne. Tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że chcę to robić dalej.

Co Wam mogę poradzić

Ile to wszystko trwało? Na studia związane z informatyką poszłam w 2010 roku, skończyłam je w 2012. Rok później ogarnęłam w szpitalu Żeromskiego HTMLa i CSSa a pierwszą pracę w jakości dostałam w 2014. To daje 4 lata, ale trzeba mieć na uwadze, że moja decyzja o podjęciu takich studiów też nie przyszła od razu. Dopiero po trzyletnich obserwacjach co najbardziej lubię w moich studiach zdecydowałam się na informatykę w zarządzaniu. Kawał czasu, co?

Jest takie powiedzenie, którego nie umiem mądrze przetłumaczyć na polski ale po angielsku leci tak:

„Luck Is What Happens When Preparation Meets Opportunity”

Specjalnie opisałam to wszystko od początku studiów, bo ważne było dla mnie, żeby przedstawić Wam to wszystko rzetelnie. Nie chciałam, żeby ktokolwiek z Was odniósł wrażenie, że spadło mi to z nieba. Myślę tutaj głównie o tym, że dostałam pracę w firmie w której już pracowałam i to niedługo po tym, gdy nie dostałam się gdzieś indziej. Zobaczcie, ile rzeczy wydarzyło się wcześniej, żebym była gotowa odpowiedzieć na tą ofertę wtedy, kiedy się pojawiła.

Przebranżowienie to nie jest prosty proces. Może być jeszcze odpowiednio trudniejszy, jeżeli wywodzicie się z branży zupełnie niezwiązanej z IT.

Moja rada jest taka: zacznijcie działać, nie analizujcie zbyt wiele, bo nie ma jednej odpowiedzi jak zacząć pracę w jakości oprogramowania i utoniecie w informacjach. Możecie zacząć od zabawy jakimś językiem programowania, bo Wam się przyda i tak (ale sprawdźcie wcześniej w ogłoszeniach o pracę, które są najbardziej potrzebne w testach). Możecie też popróbować swoich sił na platformach crowdtestingowych jak test.io czy testbirds.com. Warto też przejrzeć materiały na grupie Testowanie oprogramowania na Facebooku, a w szczególności przypięty post. I poczekać na mój kolejny artykuł, który ukaże się już za tydzień. Opiszę w nim co mówię znajomym, którzy pytają mnie jak zacząć testować oprogramowanie zawodowo.

Dodaj komentarz: